Jest to mój blog, który jest kontynuacją starego blogu "Wędrowiec, czyli Bies(z)Czady". Publikuję w nim swoje wędrówki z aparatem po zamkach, kościółkach, pałacach i innych ciekawych miejscach, jakich w Polsce, i nie tylko, nie brakuje.

20 sie 2015

KALWARIA ZEBRZYDOWSKA

    Pora opuścić zamek i pojechać do Kalwarii Zebrzydowskiej, aby zwiedzić kalwarię, jedyną tego typu w Europie. Jest ona wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO.
    Kalwaria Zebrzydowska znajduje się w województwie małopolskim w powiecie wadowickim. Jako miasteczko istnieje od XVI roku. Samo Sanktuarium Pasyjno - Maryjne oo. Bernardynów istnieje od XVII wieku i robi ogromne wrażenie na zwiedzających.
*
Bazylika Najświętszej Marii Panny.

Klasztor oo. Bernardynów i wid0k na Bazylikę NMP.



Inne ujęcie bazyliki, zegar w zbliżeniu i figura NMP.







Barokowy wystrój bazyliki - ołtarze, ambona i inne detale.

Pomnik  śp. papieża Jana Pawła II i dawna studnia.

15 sie 2015

SZLAKIEM ORLICH GNIAZAD - II

    Dobre Bogi zawiodły moją rodzinę do kolejnego zamu z cyklu Orlich Gniazd. Tym razem do zamku Lipowiec posadowionym na wapiennym wzgórzu w Wygiezłowie/Babicach. Jako trwała ruina udostępniony jest zwiedzającym. Jak wieść gminna niesie wcześniej był tu drewniany zameczek służący rycerzom rozbójnikom, którzy bez wojen się nudzili, a że żyć z czegoś trzeba, to łupili kupców na drogach, a i bogatszym kmieciom nie przepuścili.
  Faktycznie na początku XIII wieku biskup Jan Prandot zbudował drewniamy zameczek, ale w drugiej połowie XIII wieku przejął okolicę od sióstr benedyktynek biskup Jan Muskata i na miejscu drewnianego postawił solidny kamienny zamek. Zamek przez wiele lat był siedzibą biskupów krakowskich.
    Historia nie zawsze była łaskawa dla zamku, bywał zdobywany, palony, zmieniał właścicieli, aby ostatecznie przejść w prywatne ręce w XIX wieku. Zrujnowanego zamku już nie odbudowywano, ale w latach sześćdziesiątych XX wieku zakonserwowano go i zabezpieczono w formie trwałej ruiny. Co najważniejsze udostępniono go turystom. Pod zamkiem buduje się teraz skansen.
*


Dwa ujęcia zamku i wejście do niego po drewnianym moście nad suchą fosą.

Córka Basia narozrabiała, więc ją w dyby wzięli.

 Wnuczka Karolinka i córka Basia wolą kikować przez okna.

Wnuczce Emilce zbytki w głowie i nie boi się podziemi. Ma to pewnie po dziadku Michale, czyli po mnie.


Kamienne mury i zamkowa studnia.

Renia, Basia i Emilka w dawnym refektarzu.



Wnętrze zamku, zejście do podziemi, a Emilce ciągle zbytki w głowie. Będę miał kogo za parę lat zabierać na moje wędrówki.

                                               


Wnętrze zamku i średniowieczny skryba...



Pora wdrapać się na wieżę i podziwiać okoliczne widoki.

     Miło było zwiedzać zamek, ale czas na kolejne wędrówki, ale o nich kolejnym razem.

11 sie 2015

SZLAKIEM ORLICH GNIAZD

    Pora pożegnać ulubione Bieszczady i przenieść się w inne strony. Co prawda to nie ja, tylko moja Renia, dzieci i wnuki wędrowali po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Tak wyszło, że ktoś musi chałupy pilnować, aby inny mógł sobie wędrować. Nie zmienia to faktu, że zrobili ciekawe zdjęcia, które warto pokazać na blogu i je opisać.
    Jak wielu z nas wiadomo, to od Częstochowy do Krakowa jest cykl zabytkowych zamków tzw. Orlich Gniazd. Miały one znaczenie obronne i strzegły połudnowe granice naszego kraju.
Pierwszym zamkiem, który pokażę, jest zamek Tenczyn w Rudnie. Pierwsza wzmianka o drewnianej budowli pochodzi z 1308 roku. Tenczyn, to zamek bastejowy, którego w 1368 wybudował syn kasztelana Nawoja z Morawicy - wojewoda krakowski i sandomierski Jędrzej, który przyjął nazwisko Tęczyński. Różne były losy zamku, zmieniali się właściciele. Ponoć teraz należy do potomków rodu Potockich, ale jeszcze nie do końca jest to załatwione. Szkoda tylko, że zamek popadł w ruine i jest zamkniety dla zwiedzających, bo grozi zawaleniem. Na szczęście prowadzone są w nim jakieś prace zabezpieczające...
*





Choć w ruinie, to ładnie się prezentuje...

     Pora pojechać dalej, tym razem do zamku Lipowiec w Babicach, który jest zabezpiecony w formie trwałej ruiny, ale udostepniony dla turystów. Ba, można się nawet wdrapać na wieżę i podziwiać krojobraz.

4 sie 2015

BIESZCZADZKA WĘDRÓWKA - cz. IV

    To już ostatnia moja wędrówka po Bieszczadach śladem mojej ozetowskiej "martylologii". Zawędrowałem do Skorodnego, małej wsi, która pozostała po Iglopolu. Mieszka tam około czterdzieści osób w małych, standardowych na tamte czasy domkach. Z gospodarstwa niewiele pozostało, a miejsce mojego pierwszego OZ-etu porosło olchą samosiejką.
    Z ZK Uherce, a ściślej z pałacu w Olszanicy, w którym była więzienna dyrekcja i OZ-et, zostałem "oddelegowany" do budowy nowego ośrodka w Skorodnem. Wtedy  była to  niezamieszkała wieś  i stały w niej tylko dwie drewniane chaty, zrujnowana cerkiew i dwa namioty.  Naszym zadaniem było postawienie jeszcze kilku namiotów, ustawienie w nich piętrowych łóżek, napełnienie sienników słomą i zrobienia utwardzonej drogi do namiotów, oraz wybudowanie latryny. Kuchnia była w drewnianej bojkowskiej chacie.
    W Skorodnem przywitał nas jakiś więzień i klawisz w stopniu kaprala. Pogoda była fatalna, siąpiła dokuczliwa mżawka, a my byliśmy skazani na trzydniowe oczekiwanie w namiotach na poprawę pogody. Pogoda nadeszła, więc wzięliśmy się ostro do roboty. Za parę dni zaczęły przyjeżdżać transporty z więźniami. My byliśmi już opaleni na brąz i pokryci dwutygodniowym zarostem, niczym striłcie z UPA, a nowi skazani byli biali jak piekarz po nocce. Nie goliliśmy się, aby wymusić na dowódzctwie szybszą wypiskę. Co prawda to niewielu z nas miało maszynki i żyletki do golenia, a więc nasz protest był fizycznie usadniony. 
    Gdy już urządziliśmy ośrodek, to wyznaczono nas do pracy w Państwowym Przedsiębiorstwie Rolnym, które dopiero powstawało - cześć z nas kosiła trawę na łąkach, część ją przewracała i suszyła na siano, a reszta karczowała łąki z krzewów jałowca i olszyny. Po latach dowiedziałem się, że w 1972 roku moi dawni koledzy rozebrali starą cerkiew, a z uzyskanego materiału wybudowali oborę dla bydła. Takie to były bieszczdzkie realia w tamtych czasach. Należy pamiętać, że część Bieszczadów aż po Otryt otrzymaliśmy od ZSRR w 1951 roku, po uprzednim wywiezieniu mieszkańców na Ukrainę. Polacy otrzymali pustą krainę, którą próbowali jakoś zasiedlić. Część wiosek udało się, a część po prostu zniknęła z powierzchni ziemi. Pozostały po nich kamienne fundamenty chat, wyschnięte  studnie i dziczejące drzewa owocowe pozarastane wysoką trawą, krzewami jalowca i olszyny.
*

Parę domków mieszkalnych pozostałych po Iglopolu. Tak wygląda teraz Skorodne.

Nasz OZ-et, który stawiałem. Ja mieszkałem w pierwszym namiocie po lewej stronie. Kuchnia była w drewnianej chacie, a niedaleko niej stała mała dyżurka. Później przenieśliśmy wszystkie namioty nieco niżej, do małej doliny  przy potoku. (zdjęcie z książki Bieszczady w PRL 3).


Dawna chata bojkowska w której mieszkali klawisze i zabytkowa cerkiew (zdjęcie z sieci), którą w 1972 roku rozebramo na materiał budowlany.

Pora opuścić Skorodne i ruszyć do Polany, gdzie mieszkaliśmy w stanicy turystycznej prowadzonej przez mojego znajomego. Po drodze zadumałem się nad marnościami tego łez padołu przy przydrożnej kamiennej kapliczce.

*





A to miejsce zwiedziłem przy okazji w 2008 roku. Popadający w ruinę OZ w Kalnicy, który został zlikwidowany w 1978 roku. W niełaskę popadł, gdy opuściło go gospodarstwo rolne. Obecnie jest ponoć na terenie prywatnym. Taki, lub podobny los spotkał wszystkie ośrodki w Bieszczadach. Do dziś pozostały jedynie dwa OZ-ety - w Średniej Wsi i w Jabłonkach. Półwolnościowy Zakład Karny jest nadal w Uhercach, a pałac w Olszanicy po wielu latach użytkowania na Ośrodek Szkoleniowo - Wypoczynkowy dla więziennej służby przeszedł w ręce prywatne i pełni rolę dość ekskluzywnego ośrodka dla bogatszych wczasowiczów.

*
LEGENDA  BIESZCZDZKA

    Bardzo dawno temu, kiedy kraina gór, lasów i połonin była bezludna i dziewicza, panował na niej Zły-Bies. Z postaci był podobny do człowieka, choć większy i rogaty. U ramion miał wielkie nietoperzowe skrzydła. Zły był zazdrosny o swoją ziemię i nie chciał z nikim się nią dzielić. Jako absolutny władca nie pozwalał dłużej się zatrzymywać w tych górach ani pasterzom, ani kupcom. Pewnego razu przywędrowało tu z daleka plemię, któremu przewodził młody, silny i mądry San. Dzika kraina spodobała się przybyszom. Postanowili osiąść tu na stałe. Zbudowali chaty i założyli wieś nad największą rzeką. Nie mógł znieść Bies, że zakwitło życie w jego dotychczas bezludnym królestwie - rozgniewany, przeszkadzał przybyszom, jak tylko mógł. Tam, gdzie wykarczowali drzewa, sadził nowe, do zagród z owcami wpuszczał wilki, na poletka napędzał dzikie zwierzęta aby tratowały zbiory. Ludzie zaczęli narzekać, ale San urzeczony pięknem tej krainy, tak ją pokochał, że postanowił wytrwać i innych zachęcał, by nie uciekali porzucając domy i dobytek. Bies gdy przekonał się, że nie może tych twardych ludzi pokonać w pojedynkę, stworzył sobie pomocników - Czadów. Wyczarował ich tyle, ile starych drzew w lesie. Były to pokraczne ludziki, ruchliwe, psotne i wesołe - szkodziły ludziom, ile tylko mogły. Na rozkaz Biesa ze złośliwą uciechą rozganiały pasące się na połoninach bydło, tańczyły w zbożu niszcząc wszystko, co było zasiane ludzką ręką. Straszyły dzieci w kołyskach, budziły ludzi spoczywających po ciężkim dniu pracy, dosypywały gospodyniom piasku do zupy, chowały drwalom siekiery. Złośliwe były i przebiegłe, wyliczanie ich "sprawek" mogłoby jeszcze trwać. Życie plemienia stało się jeszcze cięższe. San poprzysiągł, że pokona złe siły.
    Pewnego dnia, kiedy w lesie pracował dłużej niż najsilniejsi drwale, po ścięciu starego buka usłyszał krzyk, a potem cichutkie jęki i skargę wydobywającą się spod ciężkiego pnia. Gdy San pochylił się, zauważył pokracznego Czada przywalonego drzewem, proszącego o darowanie życia. Dobry San uwolnił Czada. Wdzięczny za ocalenie duszek wyznał, że on i jego bracia nie lubią czynić zła, ale są do tego zmuszani przez Biesa. Teraz, kiedy przekonał się o wspaniałomyślności ludzi, postanowił nie tylko im nie szkodzić, ale pomagać. Obiecał, że jako najstarszy w rodzie namówi do tego swych braci. Odtąd te małe stworzenia polubiły ludzi i pomagały im, jak tylko umiały. Pilnowały i zabawiały swymi psikusami dzieci, chroniły domy, pokazywały drogę w lesie, rozśmieszały nawet najbardziej nieszczęśliwych, rąbały drzewo do pieca. Ludzie odwdzięczali im się miseczką mleka i dobrym słowem.
   Sielanka nie trwała długo, bo wnet dowiedział się o sprzeniewierzeniu swych pomocników pan tej ziemi - Zły Bies. Zwołał wszystkie Czady i zapowiedział, że albo będą trzymały z nim, albo je unicestwi tak samo jak je stworzył. Przerażone Czady przybiegły do Sana - chciały żyć, a nie chciały szkodzić ludziom. Podczas długiej narady najstarszych i najmądrzejszych członków plemienia Czady podały sposób, jeden jedyny, przy pomocy którego można zwyciężyć Złego. Pokonać go może najsilniejszy z ludzi i tylko o świcie, kiedy Bies odpina czarodziejskie skrzydła i pozbawiony czarodziejskiej mocy kąpie się w najpłytszym miejscu najszerszej rzeki tej ziemi. Bez skrzydeł nie może czynić czarów, ale i tak jest ponadludzko silny. San przemyślał radę Czadów i wezwał Biesa na pojedynek o poranku, kiedy czarodziejskie skrzydła leżały na brzegu rzeki. Bies roześmiawszy się złośliwie na widok człowieka z toporem stającego mu naprzeciw, nie próbując nawet sięgać po nietoperzowe skrzydła, ruszył do walki. San i Bies zmagali się od świtu do zmroku. Człowiek słabł coraz bardziej, a Bies zdawał się nie czuć zmęczenia. Na brzegu walkę śledziło całe plemię i wszystkie Czady.
    Kiedy Bies zrozumiał, że znalazł godnego sobie przeciwnika i przerażony myślą, że może przegrać, spróbował schwycić i przypiąć magiczne skrzydła. Wtedy to stary Czad, odwdzięczając się Sanowi za uratowanie życia, wrzucił je do rzeki. W tym momencie San walczył już ostatkiem sił. Dziwny czar tkwił w diabelskich skrzydłach, rzeka zyskała całą moc Biesa. Woda nagle wzburzyła się i zmętniała. Wartki, pienisty nurt porwał obu przeciwników.
Zatonął w rozszalałej rzece Bies, który nie umiał pływać, ale i nie uratował się, osłabiony walką, San. Gdy następnego dnia wody opadły, na dnie rzeki ludzie znaleźli splecione ze sobą w śmiertelnym uścisku dwie postacie. Oddając hołd odwadze i waleczności swego wodza, osadnicy nazwali jego imieniem wielką rzekę. I w ten sposób pozostał - tak jak tego pragnął - dzielny San na ziemi, którą pokochał. Góry, przez które przepływa ta rzeka, nazwali Bies-Czadami, od imienia ich złego władcy i psotnych duszków.
   Podobno Czady można spotkać tu i dzisiaj, ale że  starych drzew, w których dziuplach mieszkają, jest już mniej, to i duszki te spotyka się rzadziej. Czady czuwają nad pięknem tej polskiej krainy. Na wędrowców rzucają słodki czar, który sprawia, że nie można zapomnieć jej uroku. Dlatego też w Bieszczady przyjeżdża się tylko raz, potem się tylko wraca.

   Tą piękną legendę opartą na kanwie autentycznych ludowych podań stworzył Marian Hess, bieszczadzki osadnik, etnograf i rzeźbiarz, pasjonujący się miejscowymi podaniami i zwyczajami.  W latach 1968 - 1988 mieszkał i tworzył w Dwerniku. Zmarł w Niemczech w 2010 r. do których wyjechał w 1997.

    I na tym zakończę moją bieszczdzką wędrówkę, aby powędrować do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Ale o tym kolejnym razem.