Pora pożegnać sympatycznego rzeźbiarza Zdzisia Pękalskiego i jego rodzinę w Hoczwi, Galerię w Piwnicy, oraz przeróżne Biesy, Czady i kapliczki na podwórzu, i udać się w dalszą drogę nad Zalew Soliński, a póżniej od Rajskiego na szlak moich dawnych OZ-ów, po których pozostały jedynie wspomnienia. Lepsze, lub gorsze, ale jakieś wspomienia.
*
Jeszcze łyk zimnej wody i w drogę do Średniej Wsi...
Zabytkowy kościół drewniany w Średniej Wsi, to perełka architektury sakralnej w Bieszczadach. Jest najstarszą tego typu budowlą w Bieszczadzie.
A to już Solina i zapora, oraz sympatyczne przystanie wodne ze sprzętem pływającym. Dla mniej biegłych w wodniactwie pozostają małe stateczki wycieczkowe po zalewie.
Korona zapory solińskiej i widok na elektrownię wodną. Byłem pod wrażeniem, ale komercyjne ceny w sklepikach i barach zwaliły mnie z nóg, więc czym prędzej ewakuowałem się parę kilometrów dalej, gdzie ceny normalne i gwar o wiele mniejszy.
Pora opuścić Solinę i Polańczyk, aby w Wołkowyjach rozpocząć szlak OZ-tów, czyli mojej bieszczadzkiej martylologii...
OZ, to Oddziały Zewnętrzne Zakładów Karnych u Uhercach i Moczarach, w których w latach siedemdziesiątych garowałem, bo za komuną nie przepadałem. Były to takie ośrodki pracy, którymi w tamtych latach były pokryte Bieszczady. No i ch..., jak powiedział kiedyś jeden z zakapiorów bieszczadzkich. Ale o tym kolejnym razem.
Wołkowyja to niezbyt duża wieś w której można zatankować paliwo, a nawet gaz do samochodu. Mnie się kojarzy z miejscem do którego zawiódł nas w pijanym widzie pewien gajowy, gdy mu się Tworylne z Wołkowyją popieprzyły. Dzień pracy był zmarnowany, ale co się namaszerowaliśmy, to nasze. Boguś, bo tak miał na imię nasz dzielny gajus, jak nieco przetrzeźwiał i coś mu w głowie zaświtało, to dał nam komendę w tył zwrot, i... Wróciliśmy akurat na obiad do OZ w Olchowcu. Robota na Tworylnem i tak nas nie ominęła, ale Wołkowyja to nie w kij pierdział. Podróże kształcą... A co.


















































