Jest to mój blog, który jest kontynuacją starego blogu "Wędrowiec, czyli Bies(z)Czady". Publikuję w nim swoje wędrówki z aparatem po zamkach, kościółkach, pałacach i innych ciekawych miejscach, jakich w Polsce, i nie tylko, nie brakuje.

17 wrz 2013

POKOCHAĆ BIESZCZADY

     Zachęcony przez Alenkę postanowiłem napisać, dlaczego pokochałem Bieszczady. Jest przecież tyle pasm górskich w naszym kraju, a tylko Bieszczady stały się moją miłością i to odwzajemnioną. A więc do rzeczy:
    Jest taka legenda bieszczadzka, która mówi, że nazwa Bieszczady powstała z dwóch członów Biesa i Czadów. Bies był niesympatycznym i bardzo złośliwym stworem, który został zabity w pojedynku z  osadnikiem Sanem, sam też oddał życie w pojedynku. Są też Czady, dobre i sympatyczne duszki bieszczadzkie, które mieszkają w starych dziuplach i pniach drzew. One właśnie rzucają swój urok na wybranych, a jak już rzucą, to taka osoba pokocha Bieszczady i zawsze zawsze będzie do nich wracać. I na mnie właśnie rzuciły, a ja odwzajemniam ten urok.
*
*
    O Bieszczadach wcześniej słyszałem, ale jakoś nie miałem w planie je zobaczyć. Jednak decyzję za mnie podjęły więzienne władze PRL, gdzie trafiłem za Wydarzenia Grudniowe w 1970 roku. Brałem w nich udział z przypadku, ale aresztowanie i wpierdol od milicjantów był już nieprzypadkowy. Ostatecznie mój udział w manifestacji zakończył się się kilkuletnim wyrokiem z którego 2,5 roku spędziłem w Bieszczadach.
    Po uprawomocnieniu wyroku siedziałem sobie w areszcie na oddziale karnym w Stargardzie Szczecińskim, czekając na transport do ośrodka. Za parę dni przyszedł oddziałowy i wyczytał moje nazwisko, i kazał się spakować. Później oddałem więzienne bety, platery w magazynie i przebrałem się w swoje cywilne rzeczy, odebrałem też swoją torbę z resztą rzeczy i zegarek. Wraz z innymi więźniami zostałem zapakowany do więźniarki, otrzymuję suchy prowiant - bochenek smutniaka (czarny więzienny chleb), kawał solonej słoniny i z 10 deka cukru. Suka ruszyła i po pewnym czasie wyładowano nas na rampie kolejowej pojedynczo, wprost do wagonu aresztanckiego. Usłyszałem, że to był Szczecin. W dwuosobowym przedziale z twardą, drewnianą ławką, wraz z jakimś małolatem podróżowałem w nieznane. Podróż trwała ponad dobę, bo aresztancki wagon był odczepiany i podczepiany do różnych składów. Okienko było wielkości kartki od zeszytu okratowane z zbrojonego szkła. Nic przez nie nie było widać, ale głos z stacyjnych głośników tak. Najpierw był Poznań, Wrocław, Katowice, Kraków, a na koniec Przemyśl, gdzie na dłużej odstawiono nas na bocznicę. Pić nam się chciało od tej słoniny i wypalonych papierosów, ale kto by się z klawiszy tym przejmował...
     Po paru godzinach podczepiono nas do jakiegoś składu i ruszyliśmy w drogę. Po pewnym czasie pociąg się zatrzymał i usłyszeliśmy, że wsiadają do wagonu ruscy żołnierze...  O kurwa! Pewnie do ZSRR nas wiozą - pomyślałem sobie. Po chwili jednak, gdy pokonałem strach i zacząłem w miarę realnie kumać, pomyślałem sobie, że ze mną jechał kieszonkowiec, a w naszym transporcie było więcej takich pospolitych kryminalistów, to na chuj ruskim takie badziewie, jak mają swojego skolko ugodno. Dla jednego politycznego by się pewnie tak nie trudzili. Z duszą na ramieniu jechałem ze 40 minut... Pociąg znowu się zatrzymał, ruskie sołdaty wysiedli, a my pojechaliśmy dalej. Odzyskałem spokój i strach minął. Gdy pociąg się wreszcie zatrzymał i nas w wyładowano na bocznicy. Wtedy zobaczyłem góry spowite w wilgotnych chmurach i małą stacyjkę "UHERCE".  Cholera, Ukraina jakaś, czy co? Dopiero inny więzień, który znał te strony mnie oświecił - zgredzik, jesteś w Bieszczadach... I tak po ponad dobowej jeździe wagonem aresztanckim dotarłem na miejsce przeznaczenie, nie wiedząc wcześniej gdzie nas wiozą.
     Przesiedziałem w nich 2,5 roku wędrując po ośrodkach w Skorodnem, Smolniku, Michniowcu, aby zarzucić kotwicę w Olchowcu, gdzie dwa lata pracowałem w lesie. Pewnie gdzieś na zalesionym Otrycie spotkałem sympatyczne Czady, a one na mnie rzuciły swój urok...
      W 10 miesięcy po wyjściu z pudła poczułem bieszczadzki zew, a tęsknota za górami  nieźle mnie chwyciła. Znajoma pani doktor dała mi 10 dni zwolnienia, a ja spakowałem torbę, pożegnałem kochaną mamę i ruszyłem na ślepo w Bieszczady, wychodząc z założenia, że głogowska Huta Miedzi i piec do wytopu tego cennego metalu nie zginie beze mnie... Bieszczady i znajomi leśnicy przyjęli mnie jak swojaka...
    Od tej pory często wracam w Bieszczady, które odwzajemniają moją miłość. Bo Bieszczady mają swoją magię i są tam jeszcze ludzie, którzy takich wędrowców (easy rider'ów) witają swojskim chlebem, miodem i bigosem, że o magicznej, ziołowej herbatce nie wspomnę... Ta herbatka od matki Agatki wywołuje miłe wspomnienia i nocne Polaków rozmowy na tarasie Bukowego.

                                                                                *
I jak tu nie kochać urokliwych kapliczek z Madonnami Bieszczadzkimi.
*
Jak się nie zachwycić Zakapiorską Madonną. Dzieło Zdzisia Pękalskiego - bieszczdzkiego artysty z Hoczwi.
*
Jak się nie zaprzyjaźnić z bieszczadzkimi zakapiorami. Ja, Rysiu Szociński - poeta Bieszczadu i Andrzej "Brendy". W czasie swojego pobytu w Bieszczadach poznałem większość zakapiorów. Szkoda tylko, że tak wielu z nich odeszło na Niebieskie Połoniny.
*
I jak tu nie zauroczyć się malowniczymi cerkiewkami.
*
I jak tu opuścić Alenkę i Jędrusia.
*
W takiej kompanii Bieszczady nie są straszne, a Atamania Rysia Szocińskiego staje się azylem dla miłośników poezji, Dusiołków i dobrego słowa. To nasza czeladka, jak pisze Alenka - pierwsza z lewej w objęciach  Zakapiora Rysia. Jędruś udaje, że patrzy tęsknie w dal. A moja Renia cosik przykucnęła, żeby pewnie rozmarzoną córkę Anię odsłonić. Wnuczka Karolinka wybrała strategiczne miejsce pomiędzy babcią i Alenką. Tylko ja wypadłem z kadru w myśl zasady, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu... ale z innej strony obiektywu.
*
Przy ognisku, przy ognisku, tak siedzimy sobie wszyscy... Ach te bieszczadzkie noce...
*
Ja z moją ślubną Renią na tarasie widokowym przed Lutowiskami. Tam w oddali połoniny, a na prawo pasmo Otrytu, gdzie spotkałem Czady.
*
I teraz już wiecie dlaczego pokochałem Bieszczady.
*
I tak to komuna za PRL zrobiła najlepszą rzecz dla mnie, że resocjalizowała mnie w Bieszczadach. Bo mało, że je pokochałem, to jeszcze ZUS zaliczył mi 2,5 roku pracy więziennej do emerytury. To był pewnie ostatni dobry uczynek ZK Uherce - zaświadczenie o pracy oczywiście...

      W sobotę jadę na pożegnanie lata do Zgorzelca i Gerlitz, zbaczając do Kliczkowa. O tym nieco później.   

15 komentarzy:

Alenka pisze...

Cos mi sie wydaje Michalku, ze Czady mialy juz wczesniej Ciebie upatrzonego i kazaly Cie wlasnie w Bieszczady rzucic "za kare" ;)) I dopiero w gorach ukazaly Ci sie i pozwolily Ci siebie poznac. Tak mysle, bo nie wiem, czy przypadki rzadza czlowieczym losem. Sklanialabym sie raczej ku przeznaczeniu, ktoremu Czady pomogly Cie wyluskac sposrod milionow, widzac w Tobie Przyjaciela tych magicznych gor na dobre i na zle. No bo jak mozna nie pokochac Bieszczadow? :))
I to nasze spotkanie w blogosferze; przypadek? przeznaczenie? To Czadow sztuczka magiczna - wlasnie w tym momencie, gdy pisze te slowa w slonku bieszczadzkiego nieba rozblysly swoistym blaskiem krople deszczu; skad sie nagle wziely? To Czady potwierdzily moje slowa, ze nie przypadkowo milosnicy tych gor spotykaja sie, rowniez w necie, aby rozmawiac o nich i rozslawiac ich piekne imie - BIESZCZADY. Jestem dumna, ze moge mieszkac tutaj, gdzie kroluje poezja, piosenka, gdzie spotykaja sie rozne swiaty i zaprzyjazniaja sie w atmosferze niepojetej magii gor i charyzmy ich mieszkancow, zakapiorami zwanymi. KOCHAM BIESZCZADY - boleje tylko nad tym, ze nie potrafie zwyklym ludzkim slowem tej milosci do Nich wyrazic ...
Zakapiorskie pozdrowienia sle :)

Szczesliwa kobieta pisze...

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Już pewnie jakaś tam siła zadziałała na Ciebie, że pchnęła Cię do przypadkowego, z ciekawości, wmieszania się w Wydarzenia Grudniowe. Jak nic, to te Czady musiały być. Pewnie akurat swoje miłosne fluidy rozpylały po całej Polsce... i na Ciebie trafiły ;)
To rzeczywiście na PRL narzekać nie możesz. Ja też za bardzo nie narzekam. Tym bardziej teraz, kiedy komunistyczna Polska do historii już przeszła. A jak jest w obecnej Polsce, demokratycznej, sam wiesz. Jest wreszcie WOLNOŚĆ, ale jak życie pokazuje, nie na wszystkich ona dobrze działa. Chamstwo się rozpleniło. Nienawiść i agresja także. Co myślę o obecnej sytuacji w Polsce szerzej napisałam w komentarzach pod swoim ostatnim wpisem o wiewiórkach. Vojtek mnie sprowokował :)
Piękne fotki. Tworzycie razem wspaniałą Bieszczadzką Brać. Pozdrawiam Was Wszystkich bardzo gorąco! Halszka

Gryzmolinda - Dośka pisze...

za Bieszczadami nie przepadam , ale spotkania zazdraszczam okrutnie

Anonimowy pisze...

Witaj Michale :), Szczeliniec i Góry Stołowe robią wrażenie. Twierdza trochę przerażająca ze stołem operacyjnym i zakrwawionym pacjentem ;)). Miłość (do Bieszczad), która narodziła się w tak dramatycznych okolicznościach musi być szczególnie mocna.

Pozdrawiam cieplutko i czekam na podobne opowieści,

Vehuan

Poszukaj.bloog.pl

hurghada35 pisze...

Ja także uwielbiam góry, nie tylko Bieszczady ale ogólnie góry:)

sia pisze...

masz niesamowity dar przekazywania swojej miłości do gór innym u luzak z Ciebie ponadczasowy...
Może jeszcze zdążę w tym roku zawitać w Bieszczady, czas pokaże...
Co do książki to w październiku Ci napiszę ile i na kiedy potrzebuję...
Pozdrawiam serdecznie człowieka gór
http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
http://kadrowane.bloog.pl/

Szczesliwa kobieta pisze...

Michałku, ja też pomału tracę nadzieję na dobry rząd w Polsce. Zawsze wiedziałam, że władza działa na niektórych jak narkotyk, ale żeby aż tak uzależniała i destrukcyjnie działała? Zaczynam tracić szacunek do polskich polityków. A już najbardziej do tych z PiS-u, nienawistnych, podjudzających, wykorzystujących naiwność zwłaszcza niewykształconych, prostych ludzi i ich wiarę w Boga... "przemawiając" do nich nawet w kościołach (jak to miało miejsce w ostatnią niedzielę na Jasnej Górze).

Aha, ciągle zapominam spytać starego Bieszczadnika, czy w Jabłonkach nadal stoi pomnik tego tam (bohatera PRL- pijaczyny) - co to się kulom nie kłaniał? A może z upadkiem komuny jego pomnik też upadł? Jak byłam tam w 1971 roku, to stał dumnie jakby nigdy nic - na tle wzgórza Walter jego ps. nazwanej - już 9 rok.
Pozdrawiam serdecznie! Halszka

Michał Cimek pisze...

Halszko!
Pomnik pijaczyny generała stoi w Jabłonkach do dziś, a przynajmniej stał jeszcze dwa lata temu. Mnie tam on nie przeszkadzał, ale atencji żadnej do niego nie mam. Taka była niestety nasza historia.
Pozdrawiam.
Michał

Szczesliwa kobieta pisze...

Michał, znam historię Świerczewskiego, i tę zakłamaną, upiększoną za komuny, i tę prawdziwą, odtajnioną w III RP. Wiem też dużo co działo się w Bieszczadach w czasie wojny i po niej i co bandy UPA tam wyczyniały. Miałam tam rodzinę.

Myślę jednak, że jak już ktoś chwali tego pijaczynę generała, to przede wszystkim żołnierze AL, bo już żołnierze AK z pewnością nie.

Świerczewski, kiedy w wyniku sfałszowanych przez komunistów wyborów parlamentarnych, został posłem na Sejm Ustawodawczy, w czasie pełnienia tej funkcji ściśle realizował stalinowskie wytyczne polityczne, i odmawiał między innymi prawa łaski żołnierzom AK skazanym na śmierć... Ot co!

Pamiętam, że jak w latach 70-tych odwiedzałam Bieszczady, to już wtedy słyszałam od co niektórych Bieszczadników, że postać Świerczewskiego jest bardzo zakłamana i wyidealizowana. Widać, że mieli rację.
Pozdrawiam serdecznie! Halszka

Szczesliwa kobieta pisze...

Michał, widzę, że razem (choć osobno) siedzimy przy kompie... :-) Dzięki za odpowiedź!

Czy ja jestem w Polsce ciałem czy nie, to i tak zawsze jestem duszą... i śledzę wieści o Polsce na bieżąco, gdzie się tylko da.

Wiem, że są straszliwe podziały wśród Polaków, i co gorsza, widać, że się coraz bardziej pogłębiają. Powody są różne, a najczęstszym, o zgrozo!, na tle politycznym. Nigdy nie przypuszczałam, że w Polakach może być tyle nienawiści. Smutne to!

Ale masz rację, czasami lepiej jest się na to wszystko wypiąć, że się tak kolokwialnie wyrażę, i zająć się tylko swoją rodzinką i swoim życiem... skoro i tak się nie ma wpływu na te demony szalejące w Kraju.

Pozdrawiam raz jeszcze... i już pędzę do zajęć! Miłego dnia! Halszka

teresakiedrowska pisze...

Myślę, że... ba nawet jestem pewna, że niejedna osoba marzy o tym, aby tam odetchnąć.
Wpis czytałam z otwartą buzią... Pisząc to pióro maczałeś we własnej krwi, zamiast atramentu. Takie Twoje Połoniny.
Pozdrawiam serdecznie:)

Szczesliwa kobieta pisze...

A nie, Górołazie, Bieszczadniku Michałku, jajka kwadratowego nie będziesz musiał znosić,|:-D bo po skałkach się nie wspinam, ale owalne, i owszem, możesz znieść,|;-) bo po sztucznej ściance wspinałam się nieraz... i muszę Ci się pochwalić, że całkiem dobrze mi to szło.
Pozdrawiam serdecznie prosto po leśnej wędrówce! Halszka

Tomasz pisze...

Michale, to mamy zaliczone to samo pudło - Uherce (pisałem Ci już o tym), a swoje wspomnienia z interny opisałem w "Przedspiewie" ( przygotowuję się do wydania tych wspomnień). Wcześniej, w latach dziewięćdziesiątych spędzałem co roku wakacje na obozie w Myczkowcach i łaziłem po bieszczadzkich połoninach. Pozdrawiam, Tomasz

Loyal Pat pisze...

Miło tu zagościć i twojej opowieśći wysłuchać...

Chodzenie po krawędzi losu... pisze...

Kapliczki -przecudne... Zakapiorzy może mniej ale jacy przyjaźni?! ;P Pozdrawiam Anka